20 grudnia 2017

Koh Mak


Nadszedł czas by kolejny raz zatopić się myślami w wyjazd do Tajlandii i zamieścić nową dawkę zdjęć. Uwierzcie mi, że mam wybieranie tylko paru z tak dużej ilości jaką posiadam jest nie lada wyzwaniem. Staram się wybierać te, które najbardziej opiszą wam charakter danego miejsca i dzięki którym będziecie mogli przenieść się tam ze mną chociaż na te 8 minut przeglądania każdego posta. Także bez zbędnego przedłużania - Koh Mak było naszym kolejnym stopem zaraz po pierwszej wyspie Koh Chang. Popłynęliśmy tam speed boat'em ze sporą grupką innych osób. Nie mam choroby lokomocyjnej, ale powiem wam, że momentami to i mnie podbijało. Łącznie płynęliśmy chyba 4 razy i najgorsze były 2 ostatnie podróże.. ale nie o tym dzisiaj. Koh Mak już z daleka zachwyciło nas lazurowym odcieniem wody, która wydawała się nieco bardziej błękitna niż ta, która okalała poprzednią wyspę. Zakochaliśmy się. Wreszcie kazali nam wysiadać i poszliśmy szukać taksówki, która mogłaby podwieźć nas na miejsce noclegu. Dodam tylko, że ta wysepka była już sporo, sporo mniejsza od Koh Chang, co dodawało jej uroku. Kiedy już złapaliśmy pojazd, dosłownie 8 minut później byliśmy na miejscu i dosłownie nas zatkało... pierwsza myśl była taka, że trafiliśmy do raju! 


A z każdym kolejnym krokiem, robiło się coraz lepiej i lepiej.. przywitały nas kociaki i psy, których pełno było w sumie w całej Tajlandii. Wyszła do nas przemiła kobieta, która oprowadziła nas po bungalowach w których przebywaliśmy kolejne 3 noce. To był chyba najlepszy nocleg tego wyjazdu. Każdy domek wyglądał jak chatka na drzewie, wszystko było zrobione z grubych belek, z pędów bambusa, albo czegoś w ten deseń. Cała konstrukcja trzęsła się w momencie chodzenia i z wnętrza było widać dość spore dziury w ścianach i prześwity, dlatego miało się wrażenie obcowania z naturą ale na level hard, co mi osobiście strasznie się podobało. Wewnątrz stały ogromne łóżka z kołdrą, którą mogłoby się naraz przykryć z 5 osób i jeszcze by wisiała z boków, dodatkowo ten materac to był najwygodniejszy materac na jakim kiedykolwiek miałam okazję spać - serio, nie bajeruję. Wnętrze bungalowów z rana było straszliwie nagrzane, ale o tym też pomyślano, bo w każdym z nich zamieszczono klimatyzację. Dodatkowo my mieliśmy widok na ocean prosto z naszego domku, więc każdy poranek zaczynałam po prostu patrząc w dal. Może przegięłam z tym obszernym opisem, ale uwierzcie mi że to miejsce zasługuje na najobszerniejszy opis na blogu jaki można zamieścić. Jakby tego było mało, pan właściciel okazał się cudną osobą. Opowiadał nam o swoich dziejach i od rzu załapaliśmy z nim dobry kontakt. Atmosfera w tamtym miejscu była nieziemska, a zaraz przy wejściu centralnie naprzeciw oceanu mieliśmy basen i nie mogłam przeżyć, że nie mamy ze sobą drona... co to by były za nagrywki! Kosmos! 



Właśnie! Nie wspomniałam chyba o tym, ale jedzenie na wyspach było nieco droższe niż w Bangkoku. Ta różnica nie była jakaś powalająca i nie dotyczyła np. słynnego tam 7 eleven, czyli sklepu w którym można było znaleźć dosłownie wszystko - od błyszczyku do tostów podgrzewanych na miejscu. A co do śniadania powyżej - najlepszy bekon świata! 


Ja standardowo blado opalona wyginająca się we wszystkich pozach świata, ale to miejsce wpłynęło na mnie tak bardzo, że zapragnęłam mieć tam piękne zdjęcia. To wszystko dookoła było tak niesamowite, że czasem brakowało słów.. a poniżej na pierwszym planie widzicie nasz domek. 


Idealne miejsce na zastanowienie się. Myślenie o czymkolwiek było tam przyjemne serio, a wszystkie troski, problemy, nerwy po prostu przestawały istnieć. Całą wyspę przejechaliśmy skuterami i z 3 na których byliśmy ta była najmniej górzysta, bo dwie pozostałe miały takie drogi, że czasem miałam wrażenie że jadę pionowo, albo że na zakrętach zaraz dotknę kolanem o podłoże. Była frajda, ale były też momenty przerażenia. 



Ta wysepka była tak rajska i cudowna, że nie byłam w stanie uwierzyć, że jakieś inne miejsce mogłoby to przebić. Sami spójrzcie jak to wygląda na zdjęciach i dodajcie sobie plus sto do piękna tego miejsca. Wiadomo, że mimo wszystko fotografia nie odzwierciedla tego miejsca w całej okazałości. Poniżej dwa z wielu polaroidów, które zrobiłam do albumu DIY, a obok mój śliczny vintage olympus PEN, który był chyba najpiękniejszym aparatem olympusa, który kiedykolwiek miałam w rękach, a trochę się tego przewinęło. 


Pamiętam, że na tej wyspie mieliśmy początkowo problem z trafieniem na dobrą knajpę i ostatecznie zjedliśmy jakaś beznadziejną pizzę, która była gorsza niż nasza najtańsza mrożona, także jeśli ktoś się tam wybiera to polecam jest tylko lokalne rzeczy, które wychodzą im fenomenalnie. Poniżej zdjęcia z wioski rybackiej na którą trafiliśmy szukając drogi na plażę. Tamten dzień był strasznie męczący, zgubiliśmy się i narobiliśmy sporo kilometrów łażąc w sumie bez sensu. Natomiast po zmianie kierunku poszukiwań dostaliśmy się do jakiegoś ekskluzywnego hotelu, gdzie wpuszczono nas bez problemu na śliczną plażę, która pewnie gdzieś powyżej się przewinęła i stamtąd wróciliśmy do domu już taksówką, po drodze spotykając ptaka mówiącego głosem człowieka: Heeej, heeej. 


Tutaj widzicie jeden z etapów produkcji kauczuku (prawdopodobnie) i powiem wam, że tam stasznie śmierdziało, dodatkowo w tej wilgoci i upale wszystko podwaja smród, o czym chyba już gdzieś wcześniej wspominałam. Niżej pomiędzy zdjęciami zobaczycie jak rosną ananasy i jak czczą oni swojego króla przynosząc mu napoje (ale też wiele innych rzeczy).


3 komentarze :

  1. Przecudowne zdjęcia! Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać do Tajlandii:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy15:00

    Pięknie!! 🙌💕

    OdpowiedzUsuń