17 grudnia 2017

Koh Chang


Aktualnie jestem jeszcze w Poznaniu i spędzam sobie spokojną niedzielę z milionem spraw na głowie, ale jednak przy świeczkach i spokojnej, relaksacyjnej muzyce, myśląc tylko i wyłącznie o tym, że w czwartek już jadę do Warszawy, a w piątek będę w domu. I na tym poprzestańmy, bo styczeń 2018 zapowiada mi się mega stresująco i zobowiązująco.. niestety nadchodzą ciemne chmury, za pasem sesja, a na mojej obecnej uczelni jest dość specyficznie i może być ciężko. Taki mały update, bo jeśli chcecie wiedzieć więcej co u mnie, możecie to zaobserwować na instagramie. Powiem szczerze, że dodaję tego posta tylko i wyłącznie dlatego, że lubię do tu wracać do przeszłości i mieć wszystko uporządkowane datowo. Wszystkie najważniejsze wydarzenia od 2010 roku dotyczące mojej osoby się tutaj znajdują. O połowie nie pamiętałabym gdyby nie blog i może to głupio zabrzmi ale po to nadal tu siedzę. W dobie tego co dzieje się w internecie w obecnych czasach uwierzcie mi, wcale nie mam ochoty tu pisać. Według mnie blogi dawniej, a obecnie to przepaść. Ludzie nie doceniają niczego z serca, tylko idą tam, gdzie mogą coś dostać. Wygrać w konkursie... smutno mi, że w takich czasach przyszło mi żyć, ale niestety na niektóre sprawy nie mamy wpływu.



Przechodząc do tematu dzisiejszego posta, chciałam wymyślić jakąś fajną opcję na pokazywanie zdjęć z wyjazdu, ale tak żeby wszystko było jasne i czytelne. W związku z tym, że odwiedziliśmy w Tajlandii 4 miejsca - 3 wyspy i Bangkok, to chcę tu zamieszczać posty z każdej wyspy kolejno, a potem pojawi się coś z Bangkoku. Początkowo miały być 3 wyspy w jednym i miasto oddzielnie, ale przez trylionową ilość zdjęć, było to niewykonalne. Wobec tego przyszedł czas na pierwszą wyspę jaką odwiedziliśmy, a mianowicie Koh Chang. Kiedy wylądowaliśmy w Bangkoku odebrała nas taksówka, która dowiozła nas na ostatnią chwilę do portu, skąd popłynęliśmy promem na Koh Chang. Widoki byłyby pewnie nieziemskie, niestety płynęliśmy po zachodzie słońca i nic nie było widać prócz malutkich światełek na całym oceanie. Nie pamiętam już ile czasu zajęła nam podróż, ale wszystkie te podróże włącznie z lotem, taksówką i samym promem nieźle nas zmęczyły więc tej nocy zasnęliśmy bardzo szybko. Koh Chang było największą z 3 wysepek jakie odwiedziliśmy, jest drugą po Phuket największą wyspą tajską. Sam jej środek był bardzo górzysty, a duży obszar pokryty lasami deszczowymi, opady w tym miejscu były nagłe i gwałtowne. Woda była tam najmniej turkusowa ze wszystkich wysepek, ale plaże najbardziej zaludnione i właściwie na każdym kroku imprezy. Widzieliśmy tam słonie, spróbowaliśmy słynnego street food'u, chodziliśmy po dżungli by dostać się do wodospadu a większą część wyspy przejechaliśmy skuterami, które sprawiały nam wiele frajdy! Po pierwsze koszt wynajęcia to było tylko śmieszne 20zł na calutki dzień, a po drugie to miało ten swój urok.. bo przecież oglądaliśmy wszystko dookoła cały czas jeżdżąc, mogliśmy zatrzymać się gdzie chcieliśmy i na ile chcieliśmy. Tam też po raz 1 widzieliśmy dzikie małpki i uczestniczyliśmy chyba w najlepszej imprezie życia. Ludzie tam są generalnie przemili i z każdym idzie się dogadać, czasem gorzej, czasem lepiej, ale jednak. Mieliśmy świetny hotel a rzecz która bardzo nas zadziwiała na początku (mimo, że o tym czytałam) to fakt, że oni wszędzie kazali zdejmować buty.. nie ważne czy w aptece, czy w sklepie spożywczym, buty musiały być zdjęte. Podczas naszego pobytu na tej wyspie postanowiliśmy wybrać się jeszcze na rejs promem na mniejsze wysepki by móc nurkować i trochę pozwiedzać. Nie pamiętam dokładnych nazw miejsc, ale ta wycieczka była super. Niestety nie jestem w stanie przypomnieć sobie dzień po dniu jak wyglądało nasze zagospodarowanie tam czasu, ale wrzucam zdjęcia z tego miejsca.


Właśnie powyżej widać kawałki promu, którym płynęliśmy na Koh Chang, a później widzicie foty z naszego noclegu na tej wyspie (przepraszam za jakość, ale chyba średnio sobie jeszcze radzę z gopro)


Słonie w miejscu w którym je widzieliśmy niestety nie były zbyt dobrze traktowane i aż głupio było mi robić zdjęcia widząc te majestatyczne zwierzęta tak okropnie skrępowane łańcuchami.. pisząc o słoniach, całkowicie zapomniałam o żółwiu, którego też widzieliśmy na łonie natury, tak jak dzikie małpy, które zobaczycie gdzieś niżej.


Mango sticky rise jest tam prawdziwym rarytasem i jednym z najbardziej lubianych deserów. Ryż w tym daniu jest bardzo kleisty, polewa się go mleczkiem i zajada wszystko kawałkami świeżego mango. Smak jest dość specyficzny i opisałabym go jak słone ze słodkim i mlecznym, nie wszystkim podejdzie, mnie delikatnie kręciło po tym w żołądku, ale mimo wszystko warto spróbować. 


Każdego wieczoru staraliśmy się zahaczyć o street food i porządnie się najeść, bo było pysznie i naprawdę tanio porównując chociażby z naszymi cenami żywności. Tam wszystkie owoce i inne smakowały o niebo lepiej. Chyba ważną kwestią do poruszenia jest to, że ani razu nikt z nas się nie otruł jakoś mocno, a jedliśmy naprawdę rozmaite rzeczy. Mi osobiście bardzo posmakowały soczki na świeżo wyciskane z owoców, głównie egzotycznych i zupa, którą widzicie na zdjęciu poniżej. Polecałabym także kurczaka z ryżem w sosie słodko kwaśnym z orzechami nerkowca i pad thai w każdym wydaniu. Osobiście nie przepadam za wszystkim co ostre, a oni uwielbiają tam wszystko przyprawiać, więc za każdym razem musiałam podkreślać, że ma być nie ostre. 
 Znaleźliśmy też takie niepozorne miejsce na samym końcu wyspy, gdzie zjedliśmy mistrzowsko przyrządzone krewetki. Tego smaku nie zapomnę chyba do końca życia - były przepyszne!


I również na Koh Chang miałam okazję po raz pierwszy wypić prawdziwą matcha latte. Jeśli nie wiecie co to, jest to sproszkowana japońska zielona herbata, która w tamtych rejonach jest bardzo popularna. Pamiętam, że cenowo nie było to jakoś mało, ale ten smak wszystko zrekompensował.

- - - - - - - - - - - - - - - - -
To już tyle jeśli chodzi o zawartość aparatów i tą wyspę, natomiast mam jeszcze sporo z telefonu, więc stwierdziłam, że będę to podpinać pod posty, żeby nie dodawać osobno, bo to nie ma sensu.

Może to nie jest jakoś specjalnie istotne, ale na wyjeździe moja cera nieco odżyła, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że poznańska woda mi nie służy. Praktycznie cały czas chodziłam bez makijażu, co pewnie nie wyda wam się dziwne, bo znacie mnie i mój stosunek do tej kwestii, ale naprawdę moja skóra poczuła totalną ulgę, a jak tylko wróciłam, znowu zaczęła się przesuszać.

7 komentarzy :

  1. Jejku jak tam jest przepięknie <3 Warto było odkładać i nie wyjeżdżać w wakacje,a dopiero w listopadzie tam pojechać, kiedy tutaj było ok 2 stopnie ciepła, to tam miałaś z 30 stopni. Na pewno ten wyjazd będzie pamiętać do końca życia. Super ;) A tak po za tematem, to na początku posta napisałaś, że: " Wszystkie najważniejsze wydarzenia od 2010 roku dotyczące mojej osoby się tutaj znajdują" Weszłam w pasek obok i chciałam przejrzeć twoje stare posty, to masz od 2012 roku dopiero, a pamiętam,że wcześniej zaczęłaś pisać tutaj, więc chyba je usunęłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, sporo pousuwałam :) były dość kompromitujące, albo po prostu nie wnosiły tu nic mądrego

      Usuń
  2. Anonimowy20:46

    Ja uwielbiam Paula przeglądać twojego bloga, czesto tez wracam do starych postów, twoj blog jest taki życiowy, widać, ze piszesz od serca, a nie pod publikę :) Bajeczne widoki w tej Tajlandii!

    OdpowiedzUsuń
  3. Annytsuj23:52

    Paula, co do ostatniego zdania w 1 akapicie to niestety się zgodze :/ Blogi coś wnoszące, piszące od serducha idą w zapomnienie. Jak napisałaś, więcej jest tam gdzie czytelnicy mogą coś wgrać, taka niestety jest smutna prawda.
    Ja zaś chciałam od siebie dodać, że czytam Cię już noo będzie pare lat! Jestem tu od obecna od momentu, kiedy jeszcze photobloga miałaś i bloga zakładałaś. Dodatkowo jestem w Twoim wieku, i zupełnie Cię rozumiem, że posty dodajesz tak rzadko(myślę, że rozumieją to też osoby będące w okolicach naszego wieku). Sama również studiuje, pracuje, jeszcze wolontariat także czasami szczerze powiedziawszy nie mam głowy aby tu wejść. Za to jak mam wolną niedziele to zawsze przy kawie jestem tu obecna i piję czytając co u Ciebie słychać.
    Zmierzam do tego, że może i te blogi które opierają się w większość na współpracach, ich czytelnicy mogą w późniejszym okresie okazać się lekkimi niczym ptak. Po prostu odlecą. Ty zaś masz nad mini taką przewagę, że masz tu obecnych stałych i wiernych czytelników którzy myślę, że będą do końca z Tobą do póki sama tego nie zakończysz. Tak na pocieszenie :)))
    A posty i zdjęcia z Twej wycieczki to raj dla oczu, coś pięknego, klimacik nieziemski :)
    Pozdrawiwam x

    OdpowiedzUsuń
  4. Idealnie w punkt to napisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepięknie tam jest! <3 Zazdroszczę Ci tej wycieczki życia! :)

    pozdrawiam. :))

    OdpowiedzUsuń