24 czerwca 2016

MOD donuts


Jak wiecie lubię czasem wrzucić na bloga miejsca, które w jakiś sposób mnie zainteresują. Zazwyczaj szukam czegoś, czego nie znalazłam w innym miejscu. Dzisiaj przychodzę do was z nowym odkryciem, czyli ul. Oleandrów 8. W sumie trochę można się pogubić, bo niby to knajpa, a niby kawiarnia z pączkami.. takie swego rodzaju 2w1. Oczywiście jak się domyślacie, do odwiedzenia tego miejsca zachęciła mnie jego słodsza część. Poszłam. Zobaczyłam. Powiem tak - klimatycznie jest, motyw roślin z domieszką różu jest, pyszne pączki są. To chyba najważniejsze? Zdecydowanie tak. Można posiedzieć wewnątrz, ale również na powietrzu. Do tego knajpka mieści się we wprost idealnym, przytulnym kącie, gdzie momentami czujemy się jakbyśmy byli poza miastem. Ale żeby nie było tak kolorowo, to powiem od siebie coś jeszcze. Według mnie cena 6zł za pączka zdecydowanie wykracza poza przeciętny budżet. Jednak fajnie że czasem robią tak -50%. I tak na koniec dodam tylko że w Warszawie nie ma lepszego miejsca od SSP, mimo to - ciekawskim polecam zajrzeć. A może akurat spodoba wam się to miejsce. Teraz zapraszam do krótkiej fotorelacji z tego miejsca. 

20 czerwca 2016

zdjęcia nie(doskonałe)


Dzisiaj o tym, co tak naprawdę na tym blogu znaczy słowo "backstage"? Wiem, wiem. Pisałam wiele razy na temat mojej definicji tego słowa, ale chcę dodać jeden post gdzie już raz na zawsze pożegnam się z tłumaczeniem ludziom, że tu nie oglądają efektów mojej fotograficznej pracy. Chciałabym uświadomić wam że mój blog, nie jest stroną gdzie zamieszczam to, co wyszło na końcu. Nie znajdziecie tu kwintesencji każdej sesji zdjęciowej, którą wykonuję, ale tylko jej pewien pierwiastek. Zapamiętajcie proszę, raz na zawsze, że moje prace możecie oglądać na facebook'u, a wpisując Paula Mroczkowska | Fotografie, powinna wyświetlić wam się moja własna strona. Myślę że zdjęcia nie(doskonałe), to tytuł idealny dla tego posta. Według mnie nie sam efekt się liczy, ale należy również pokazać jak wszystko wygląda "od kuchni", bo czy nie tego każdy z nas najbardziej jest ciekawy? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. Osobiście strasznie lubię oglądać jak dana sesja powstawała, jak wszystko się tworzyło. Dlatego też na yt dodaję filmy, gdzie co jakiś czas pokazuję backstage, ale właśnie już nie w formie zdjęć - tak jak tutaj - tylko w formie video. Ps. wyczekujcie, bo już niebawem pojawi się kolejny! Tymczasem przejdę do zdjęć które dzisiaj zobaczycie. Najpierw je obejrzyjcie, a na końcu kilka słów ode mnie na temat tej sesji.

18 czerwca 2016

przegląd telefonu - phone photos


Zawsze kiedy zaczynam pisać post z serii phone photos, to mam wrażenie że ubiegły post pisałam niewiele wcześniej. Nie mam pojęcia i jest to dla mnie ogromna zagadka, jakim cudem tych zdjęć jest zawsze cała masa. Przy okazji odwiecznym rozważaniom pozostawiam odpowiedź na pytanie jak ja to wszystko mieszczę na telefonie. Nie mam bladego pojęcia! Ale - podoba mi się to. Postanowiłam ostatnio że będę mniej pisać, a wrzucać więcej zdjęć, a w przypadku dzisiejszego posta, czeka was jeszcze nudne czytanie podpisów. Na marginesie, ciekawa jestem kto te moje "wypociny" czyta od przysłowiowej deski do deski? Czytacie wszystko, czy raczej zawieszacie wzrok wyłącznie na zdjęciach? 
Nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła od kilku ujęć miejsca mojego stałego pobytu w ostatnim czasie. Wiem że pewnie dręczy was już ta cała sytuacja i moje milczenie w tym temacie, ale tak jak już pisałam, pojawi się oddzielny, zupełnie odrębny post gdzie obiecuję wszystko wyjaśnić. Póki co musicie pocieszyć oko tymi ujęciami z telefonu poprzez które chciałam przekazać wam chociaż malutką część atmosfery jaka tu panuje. Zapraszam wszystkich pasjonatów fotografii na Racławicką 99. Będę w tym miejscu do końca czerwca, więc jeszcze się naczytam!

14 czerwca 2016

niedzielny backstage z sesji


Zachęcając was do częstszego odwiedzania mojego bloga, nadmienię tylko na początku że niebawem dużo się zmieni! Szykuje się coś zupełnie nowego i jeśli dobrze pójdzie o te "zmiany" wejdą w życie już z początkiem lipca. Mam nadzieję że rozpaliłam w was iskierkę ciekawości? Ale do tematu! W ostatnim czasie wstaję rano, kładę się wcześnie i na nic nie mam czasu, ale w tym pośpiechu nie brakuje mi czasu (na szczęście!) na to co kocham najbardziej - na fotografię. Z Agatą już robiłyśmy dwa wspólne projekty, a w niedzielę udało nam się zrealizować kolejną sesję. Pisałam wam już że sesja z udziałem zwierzęcia jest ogromnym wyzwaniem? Pisałam. Ale ja lubię wyzwania i postanowiłam spróbować raz jeszcze. Muszę wam powiedzieć że to co wyszło, wygląda nieco inaczej od zdjęć które zazwyczaj robię. Jest w nich jakaś magia. Właśnie takie backstage na bloga chciałabym zawsze dodawać. Nie będę więcej mówić, niech zdjęcia zdradzą wam resztę szczegółów. 

8 czerwca 2016

Dzień Dziecka w...


So Sweet Project, oczywiście! Nie ma innej tak świetnej cukierni. Mieszkam w Warszawie już dość długo, jadłam w wielu miejscach, ale dziewczyny są totalnie ponad skalą, jeśli mam być szczera - nie znalazłam innej tak cudownej kawiarnio-piekarnio-cukierni i co tam jeszcze jest słodkie. Wiem że się powtarzam i że w sumie to dość często zdarza mi się o nich pisać, ale uwierzcie mi, nie rzucam słów na wiatr. To że się powtarzam w jakimś temacie znaczy tylko, że potwierdzam to, co pisałam. Atmosfera, wystrój, podejście do klienta, wybór - wszystko na 6+. Ostatnio nie było na to jakoś czasu, ale kiedy tylko mam chwilę, to staram się odwiedzić moje kochane dziewczyny, które tam pracują. Tym razem dość spontanicznie stwierdziłam że jadę, bo.. bo jest dzień dziecka i niby czemu miałabym sobie odmówić zjedzenia czegoś słodkiego? U dziewczyn słowo "słodki" ma milion wymiarów i jeśli się coś je, to kubeczki smakowe szaleją! A co przygotowały na dzień dziecka i jak lokal się zmienił od mojej ostatniej wizyty? Właśnie to zobaczycie w dzisiejszym wpisie. Mniaaam!

5 czerwca 2016

z ostatnich dni


Post z ostatniej wizyty w So Sweet jest już gotowy i czeka na swoją kolej, pojawi się tutaj w środę. Będziecie mieli co oglądać, ale pamiętajcie że z pewnością przydałoby się coś słodkiego, jeśli zamierzacie go czytać. Dziewczyny dały czadu! Zanim ten post się tutaj wrzuci, chciałbym pokazać wam jak mniej więcej spędziłam obecny weekend. Nic specjalnego się nie działo i szczerze mówiąc piszę tu trochę po to, aby mieć utrwalone zdjęcia z ważnym momentem. Kolejny miesiąc związku, czyli łącznie dwa lata i trzy miesiące - minęło nam 1 czerwca! Niewiele? Dla nas bardzo dużo. Standardowo uczciliśmy to obiadem w warszawskim manekinie, bo uwielbiamy tam jeść. Dodatkowo dostałam najsłodszy bukiet kwiatków. Ps. w przedszkolu miałam znaczek 6 chabrów! Zdjęć dużo nie jest, ale lubię jak czasem pojawia się tu typowa życiówka. Kilka fotek. Pamiątka. Ponadto stało się coś, o czym niedawno mogłam tylko pomarzyć, ale póki co nie chcę zdradzać szczegółów, bo już niedługo wszystkiego się dowiecie. Wszystko idzie w kierunku który sobie wymarzyłam i do którego dążyć będę za wszelką cenę. A teraz zapraszam na krótką foto-relację. Coś na wzór "phone photos", kategorii którą uwielbiacie na blogu. 



Jak mi minął weekend? Cóż, w piątek cały dzień oglądaliśmy filmy, w sobotę byliśmy na pokazie fontann, który nie zrobił na mnie większego wrażenia niż dwa poprzednie na których miałam okazję być. Musieliśmy trochę pozałatwiać w związku z wakacjami (tak, jedziemy gdzieś!). Spacerowaliśmy po schodkach nad Wisłą, a dzisiaj robiłam zdjęcia na roczku, a dodatkowo miałam wybrać się na zdjęcia z Evką. Powinniście kojarzyć z sesji baletnica+wiewiórka, ale niestety nie udało nam się tym razem spotkać. Obecnie jestem jeszcze u mojego chłopaka, ale zaraz zmykam na zakupy, a jutro mam swój wielki dzień. Niebawem powiem dlaczego tak się ekscytuję. Ps. chyba nie muszę wyjaśniać tej jakości na zdjęciach? Wiecie że mój telefon już tak ma.. a w gruncie rzeczy nawet nie najgorzej to wygląda.
 

2 czerwca 2016

Majowo Mi!


Nie wiem dlaczego posty z zawartością pudełek nie mają na moim blogu zbyt wielkiej poczytności. Być może to wina rzadkiej aktualizacji kosmetycznej? Nie wiem. Osobiście chętnie wchodzę  na strony poczytać o nowościach, o czymś co możemy dorwać, bądź po prostu czytam - czy komuś dana rzecz się sprawdziła, czy zdecydowanie odradzają jej kupno. Mam tą super możliwość że co miesiąc mogę cieszyć oko nowymi kosmetykami, a wszystko głównie po to żeby sprawdzić co na mojej skórze dobrze działa, a czego lepiej unikać. A że przy okazji mogę wam zdradzić to i tamto na temat danego produktu, to dlaczego nie? Dzisiaj czas na shinybox'a, którego zawartość okazała się być świetna! Muszę przyznać że ich pudełka zawsze wywołują u mnie mieszane uczucia, nigdy nie wiem czego się spodziewać. Jednak nie przypominam sobie żebym jakoś mocno się zawiodła na którejś edycji. Dzisiaj przychodzę do was z box'em: Majowo Mi! Wiem, wiem.. maj już za nami. Ale sami spójrzcie jak pięknie wszystko się prezentuje, a ponadto większość produktów wykorzystam właśnie latem! Najbardziej interesuje mnie sea salt. Ten produkt rzucił mi się już w oczy na półkach z rzeczami aussie, które zresztą uwielbiam. Chociaż zawsze szkoda mi na nie pieniędzy, bo nie należą do najtańszych. To co mogę wam polecić to szampony, każdy który od nich miałam był super!

30 maja 2016

Wygrałam!


Jak to jest coś wygrać? Nigdy nie doznałam tego uczucia, ale również nie specjalnie często biorę udział w konkursach. Szczerze mówiąc nie wierzę zbyt w te wszystkie wygrane, farty, dobre wybory.. a może powinnam? Do konkursu o którym dzisiaj piszę nakłonił mnie fakt, że zdjęcie jakie chciałabym wykonać nasunęło mi się chwilę po ujrzeniu tematyki. Nie wiem. Nie rozumiem. Po prostu. Zaświtało i musiałam to stworzyć. Bo jak wiecie, to co mi gdzieś w głowie świeci, musi wyjść na światło dzienne. Nie ma nie! W zrealizowaniu mojego projektu pomogła mama i powiem wam że uchwyciła wszystko w idealny sposób - tak jak to siedziało w mojej głowie. Mimo wszystko, nigdy w życiu nie śniłabym o wygranej.. a tu masz! Sprzyjało mi szczęście, czterolistna koniczynka właśnie mi przyniosła farta, a srebrny słonik pomógł w spełnieniu marzenia. Marzenia? Tak! Jak każda osoba fotografująca z pasji, cieszę się każdym kolejnym aparatem. Nie ważne czy to polar, czy cyfrówka, a może stary zenit..
Do tej pory w to nie wierzę. Dla niektórych pewnie wyda się śmieszne to co tu wypisuję, ale naprawdę w momencie kiedy fotografia stanowi część mojego życia (i to sporą część), a ja nie dość że wygrywam konkurs, to dostaję Instax'a Mini 8, którego kolor sama mogłam wybrać - idzie zwariować! Moje kolejne dziecko powędrowało na półkę. Wszystko było tak pięknie zapakowane, że aż żal było coś wyjąć. Do tego wewnątrz były też wkłady. Z marką projektogram zdarza mi się współpracować, więc możecie ich kojarzyć, jednak konkurs w żaden sposób nie był z tym związany. Nie mogę się nacieszyć i z całego serducha dziękuję za docenienie mojego zdjęcia! Pierwsza fotograficzna mini-wygrana w moich rękach. Wiecie co? Bierzcie udział w konkursach, bo warto.

28 maja 2016

Red Velvet a'la Ala


Na moim blogu przepisy na różne dania, a w szczególności desery owszem, pojawiają się, ale bardzo rzadko. Nie jestem mistrzem kuchni, a najchętniej zakończyłabym przygodę z kulinariami na degustacji. Taka już jestem. Ale gdy jest ktoś, kto może coś przygotować, a przy okazji ja latam wokół tej osoby z aparatem, robi się naprawdę ciekawie! Z Alą umawiałyśmy się już bardzo dawno temu.. jednak zawsze brakowało czasu żeby plany zrealizować. Niedawno dość spontanicznie, bo jakoś z dnia na dzień, stwierdziłyśmy że tak - to jest ten dzień. Przy pieczeniu deseru, który dzisiaj poznacie towarzyszyły nam długie rozmowy i dużo śmiechu. Czyli połączenie idealne. Ala, którą dzisiaj zobaczycie w poście jest straszną zdolniachą i pewnie czasem ją tu zobaczycie jak przygotowuje kolejne mistrzowskie danie. Jak dla mnie, totalnego laika jest wzorem w kuchni. Nie będę już przedłużać, poznajcie własną wersję Ali na pyszny deser, wzorowaną na Red Velvet. 

25 maja 2016

Kortowiada 2016!


Mam nadzieję że kilka dni nieobecności na blogu nie dało wam zbyt mocno we znaki? Cóż, starałam się tak zaplanować posty, żeby nie mieć później wyrzutów że za długo mnie tu nie było. Taki syndrom nałogowego blogera.. ah, ten blog jest już tak wielką częścią mnie, że chyba przestałam być już tego świadoma - jak wielką. W związku z tym że wreszcie udało mi się pojechać na Kortowiadę (dla tych co dalej nie wiedzą - są to zdecydowanie największe i najlepsze juwenalia w Polsce!!!), postanowiłam co nieco napisać o tym wydarzeniu, a żeby łyso nie było dodaję też sklejnę najlepszych zdjęć jakie znalazłam na telefonie i w skrzynce wiadomości na facebook'u. Zanim przejdę do opisywania całego wydarzenia, powiem wam jedno - było warto! Jak było? Co mi się podobało? Przeczytacie poniżej!


Co, po co i dlaczego? Otóż już dawno, dawno temu o uszy obiło mi się że do Olsztyna warto jechać. W sumie może trochę głupio się nawet przyznawać, ale byłam tam tylko raz (w gimnazjum na wycieczce do planetarium). Tak, tylko raz! Ale od początku, bo chcę powiedzieć wam tak dużo, że nie wiem od czego mam zacząć.. mój chłopak już kilka miesięcy temu wpadł na pomysł żebyśmy wreszcie wybrali się do Olsztyna odwiedzić znajomych, a przy okazji fajnie byłoby raz w życiu być na najlepszych w Polsce juwenaliach! Udało się. Bilety zarezerwowaliśmy już wcześniej, więc zostało nam wsiąść do autobusu i jechać. Jestem zadowolona przede wszystkim z tego powodu że nareszcie nie będę miała wyrzutów że nie jestem w stanie się zebrać żeby odwiedzić Karolę. Zamierzałam zrobić to już dawno, ale.. a, szkoda gadać. Po prostu do Olsztyna zawsze było mi jakoś nie po drodze. Wyjechaliśmy w środę, byliśmy tam do soboty. Każdy dzień mijał nam bardzo szybko, ale na super atmosferę, świetnie spędzony czas i dobrze wydumany plan nie mogę narzekać. Razem z dziewczynami przyozdobiłyśmy głowy wiankami, co myślę świetnie wpisywało się w klimat całego wydarzenia. Jak dotarłyśmy na miejsce nie było jeszcze zbyt wielu osób, ale jak zaczęli się schodzić, to ciężko było się odnaleźć. Wszędzie sypały się srebrne folie, co dawało oszałamiający efekt. Wykonawcy przypadli nam do gustu. Zobaczyłam na żywo jak Zenon krzyczy swoje: wyżej! mocniej!, jak Grubson robi show na scenie, jak Lady Pank otula wszystkich swoimi klasykami, jak Remady daje czadu i rozwala całą publiczność i jak ostry kolejno zwala mnie z nóg testami swoich piosenek. Czuć było to coś między osobami na scenie, a bawiącymi się. To jest nie do opisania, trzeba to po prostu przeżyć. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam ogrom ludzi skaczących w jednym tempie, śpiewających jednocześnie tak bardzo się w to angażując. Nigdy wcześniej nie bawiłam się tak wspaniale. Nawet nie wiem jak wam to opisać. Wszystko było tak bardzo spójne i przez te kilka dni wszystko działo się tak idealnie, że byłam dosłownie w niebie. Odpoczęłam i spotkałam się z osobami które uwielbiam. Fakt, faktem - niestety nie wszyscy mogli dotrzeć i trochę ich brakowało, ale mimo wszystko bawiliśmy się strasznie dobrze. Myślę że kortowiada, to coś jak lot do Stanów, przynajmniej raz w życiu trzeba to przeżyć! Nie muszę chyba mówić że strasznie szkoda mi było odjeżdżać? Bez wahania pojechałabym tam znowu i polecam wszystkim którzy się kiedykolwiek zastanawiali, a nie zdecydowali się pojechać. Super przeżycie i coś, co na pewno zapamięta się do końca życia. Dziękuję wam dziewczyny za ten wspólnie spędzony czas! Było najlepiej jak tylko mogło być.